Mapa mobbingu - ankieta

Szanowni Państwo,

w imieniu Fundacji Sciene Watch Polska, zwracamy się z uprzejmą prośbą o wypełnienie anonimowej ankiety dotyczącej mobbingu na uczelniach. Wyniki ankiety będą podstawą do opracowania MAPY MOBBINGU i przedstawienia w formie graficznej rozkładu uczelni, na których zjawisko mobbingu jest szczególnie nasilone.

Historia Enni
Jestem ofiarą wyrafinowanego mobbingu ze strony kierownika oraz wspierającego, w tych działaniach, jego bezpośredniego przełożonego. Do opisania problemów zostałam przymuszona sytuacją i postawą ludzi stojących po drugiej stronie „sprawy”. Do 27 października 2021r byłam pracownikiem jednego z większych uniwersytetów w Polsce i największego zakładu pracy w moim mieście. Uczelnia – to brzmi szczytnie. Jednak tajemnicą poliszynela, jest prawdziwe oblicze tej instytucji i ludzi w niej pracujących.

Byłam mobbingowana. „Wysoce uprawdopodobniony mobbing”- tak stwierdziła czteroosobowa Komisja Antymobbingowa w swoim protokole z grudnia 2020 r, po przesłuchaniu stron, świadków i analizie materiałów dowodowych. Jednakże, opinia i werdykt Komisji, w żadnym stopniu nie wpłynął na zauważalną poprawę stosunków w moim otoczeniu. W dalszym ciągu pozostawałam pod wpływem mobbera, nie zrobiono nic aby mnie od niego odseparować, miałam czasem wrażenie, że jest jeszcze gorzej, bo ujawniłam sprawę, ośmieliłam się wyjść z tym poza Katedrę.

Moje problemy w pracy rozpoczęły się wraz z reorganizacją na Wydziale, skutkiem czego było połączenie dwóch Zakładów o skrajnie różnej tematyce: jeden sterylny, typowo laboratoryjny, drugi wymagający również pracy w terenie i oparty na zupełnie innych metodach. Połączono je wspólną nazwą, żeby z grubsza pasowało i nie miało to znaczenia, że jeden od „Sasa drugi od Lasa” a władzę nad tym wszystkim przejęła osoba konfliktowa, niełatwa w kontakcie i uprzedzona do przynajmniej jednego z dwóch poprzednich kierowników Zakładów, po których schedę przejęła.

Już w pierwszych miesiącach pracy dostałam polecenie służbowe, abym przyniosła swój prywatny telefon komórkowy celem zgrania moich sms-ów z byłym kierownikiem Zakładu. Nie muszę chyba specjalnie podkreślać, że zszokowało mnie to i zbulwersowało do granic…, oczywiście nic takiego nie zrobiłam. Formy i sposoby okazania mi, że do niczego się nie nadaję były różne. Dowiedziałam się, że po 36 latach pracy nie umiem napisać żadnego pisma, chociaż do tej pory zawsze to robiłam i nigdy nie było zastrzeżeń. Po kilka razy odsyłano mnie poprawiając kropki, przecinki i nanosząc za każdym podejściem inne uwagi korektorskie. W końcu zapadł wyrok, że nie będę pisała żadnych pism wychodzących poza Katedrę.

Odbierano mi po kolei zadania, które do tej pory wykonywałam, a w ich miejsce wyszukiwano żmudne, nudne i jednostajne ale wykonywałam je i się nie uskarżałam. Bolało mnie najbardziej, gdy zlecano mi prace, które z góry było wiadomo , że są bezcelowe i nigdy do niczego się nie przydadzą, ale trudno…. Byłam zarzucana olbrzymią ilością e-maili, na które musiałam natychmiast odpowiadać. Nawet po godzinach pracy i w dni wolne od pracy, kierownik wydzwaniał do mnie na prywatną komórkę. Nie mogłam sama zadecydować o najdrobniejszym działaniu, o wszystko musiałam pytać i uzyskiwać pozwolenie, lub nie. Komunikacja z kierownikiem polegała na wydawaniu przez niego rozkazów, które należało natychmiast wykonać. Często słyszałam: „Pani nie pyta, pani słucha” „Proszę mi nie przerywać”, „Teraz ja mówię”.

Działo się źle ale „nic nie można było wynosić poza Katedrę”, wszystko mieliśmy „rozwiązywać we własnym gronie”. Te słowa padały bardzo często z ust kierownika, ale jak cokolwiek rozwiązać, jeśli nie można nic powiedzieć. Zdanie „szarego, zwyczajnego pracownika” nie miało żadnego znaczenia. Czułam się jak służąca wykonująca rozkazy. Nie mogłam opuszczać swojego pokoju, nawet do toalety chodziłam z telefonem. Kiedyś usłyszałam, od kierownika, że idę z toalety nie z tej strony (a toalet mamy dużo, po każdej stronie korytarza i na każdym piętrze). W białych rękawiczkach, bez użycia brzydkich słów udowadniano mi, że jestem głupia i się do niczego nie nadaję. Na przykład zostałam zmuszona do wyjścia z telefonem na korytarz i odczytywania na głos wszystkich wywieszek na drzwiach w celu odnalezienia pokoju, w którym pozostawiono mi jakieś próbki do skatalogowania. Na korytarzu były inne osoby (tez z innych zakładów) i patrzyły na mnie, jak na idiotkę. Czułam się poniżona i upokorzona. Pod byle pretekstem byłam wzywana „na dywanik”. Musiałam się stawić natychmiast ale po przyjściu i tak zawsze musiałam odstać pod drzwiami, bo kierownik był właśnie czymś zajęty. Zdarzało się często, że kiedy wyszłam na chwilę z pokoju, od razu był telefon z pretensjami: „ Gdzie pani jest, co pani robi?”. Nie mogłam z nikim porozmawiać, byłam izolowana. Kiedy, po powrocie koleżanki z urlopu, w czasie przerwy śniadaniowej, wypiłyśmy kawę i chwilę porozmawiałyśmy, zostałam od razu wezwana na rozmowę, na temat wydajności pracy. Narzucono mi limity, z których musiałam się codziennie rozliczać. W czasie jedynej rozmowy z Mediatorem Akademickim odebrałam agresywny telefon od kierownika, a że telefon miałam ustawiony na głośnomówiący, to był on świadkiem, w jaki sposób przełożony się do mnie odzywa i jak traktuje. W sumie uniemożliwiono mi wzięcie udziału w mediacjach.

Codziennie, pod koniec pracy, pisałam szczegółowe raporty i wysyłałam po 15-stej. Z tego, co wiem i z rozmów z innymi pracownikami na ten temat, byłam jedyna osobą, która tak rygorystycznie była kontrolowana. Czatowano na mnie przy liście obecności,… jakoś bezskutecznie, nie dałam tej satysfakcji, bo zawsze byłam jako jedna z pierwszych na stanowisku pracy i zawsze przed „ zaufanym”, panem donosicielem. W okresie pandemii zostałam przeniesiona na kilka miesięcy, do dużo mniejszego pokoju i pracowałam tam pod okiem pana „zaufanego”, który informował kierownika o każdym moim ruchu, np., że jak się wyraził: „podlewam kwiatki fusami od kawy”. Dosłownie, słowa jego, przytoczył kierownik w czasie wizyty komisji BHP, kontrolującej stan pleśniejącego materiału w magazynie. Za pleśń w magazynie (parter), której nawiasem mówiąc komórka BHP nie stwierdziła, zostały obwinione kwiatki, które stały w moim pokoju i miały się doskonale, a zasilone raz fusami od kawy były na pierwszym piętrze. Pleśni oficjalnie w raporcie nie stwierdzono ale część zainfekowanych zbiorów, przed wizytą komisji, gdzieś wywieziono i ukryto. Później jednak robiono fumigację. (Ciekawe??????) . Pozostawiam bez komentarza.

Kiedy okazało się, że jeszcze nie odchodzę na emeryturę i chce popracować rok dłużej aby otrzymać nagrodę jubileuszową, rygory i nękanie jeszcze się nasiliły. W okresie pandemii, kiedy większość, zgodnie z zarządzeniem, pracowała zdalnie, ja nie miałam takiej możliwości, bo bezpośredni kierownik nie wyraził zgody. Jako jedna z pierwszych też, zachorowałam na Covid-19, którego skutki w dalszym ciągu odczuwam. Kiedy przybrały na sile sprawy związane z pleśniejącymi zbiorami, po interwencji u (głównego) Pracodawcy, otrzymałam natychmiastowe polecenie pracy zdalnej. Ku mojemu zdziwieniu miałam się spakować i nie pokazywać w Instytucie, i od następnego dnia, aż do emerytury (na ówczesny moment - do końca września 2021 r.) pracować w domu.

Aby dostarczyć mi materiały do wykonywania zadania, zostały ściągnięte z pracy zdalnej, koleżanki dydaktyczne, które miały wykonywać ściśle techniczną robotę skanując mi karty z danymi ( tysiące kart) i podsyłać w chmurze abym miała, co robić. Wydawać im karty do skanowania i kontrolować je miał „pan zaufany”- pracownik techniczny. W sumie w moją pracę zdalną, oprócz mnie, zostało wciągniętych jeszcze, co najmniej 5 osób. Odczytałyśmy „tę szopkę”, jako ewidentną próbę skłócenia nas. Przecież mogłam pracować, tak jak inni, hybrydowo/ rotacyjnie (2 dni w pracy, 3 w domu i odwrotnie), mogłam sobie sama skanować, nie chciałam w żaden sposób być traktowana inaczej. Niezależnie od wcześniejszych ustaleń, w połowie maja 2021r. zostałam bezpardonowo zaatakowana agresywnym telefonem od kierownika z pretensjami, że nie ma mnie w pracy. Zwierzchnik kierownika, z kolei, szukał mnie przez osoby trzecie, wtajemniczając je w moją prywatność, usiłował przez nie ściągnąć mnie do pracy stacjonarnej, nie bacząc na zasady RODO. W czerwcu 2021 r. utrudniano mi pobranie drugiej dawki szczepionki przeciwko Covid-19.

Reasumując; nie zrobiono nic, aby odizolować mnie od mobbera. Do samego przejścia na emeryturę pracowałam pod jego kierownictwem, a jego działania nękające nasiliły się jeszcze w okresie pandemii Covid-19. Poinformowany o postępowaniu kierownika, jego zwierzchnik, nie tylko nie pomógł mi ale wręcz sam posunął się do wrogich przeciwko mnie działań i wypowiedzi, szantażował i straszył rygorami, powiedział, że zrobi wszystko żebym odeszła na emeryturę i rzeczywiście zrobił w tym zakresie bardzo dużo. Według ustawy, (odejście na emeryturę) było to moje prawo a nie obowiązek.

Od jakiegoś momentu (od 19.X.2020 r.) o wszystkim został poinformowany główny Pracodawca. Wprawdzie, to on powołał sam Komisję Antymobbingową a od 1.VI.2021 Rzecznika Dyscyplinarnego ds. Nauczycieli Akademickich, który ma jeszcze raz badać i wyjaśniać całą tą sprawę. Niestety, dla mnie nic z tego nie wynikło, nękana byłam do samego końca. Przesłuchania świadków są ciągle zawieszane z najbłahszych powodów, a doskonałym pretekstem jest cały czas Covid-19. Odczuwam te działania jako granie na zwłokę i zmęczenie mnie tą sytuacją lub doprowadzenie do przedawnienia.

Jednak ja cały czas mam „TO” w głowie. Dla mnie sytuacja nierozwiązana jest cały czas aktualna, a doskonale przypomina mi o tym mój stan zdrowia. Cały czas, aż do przejścia na emeryturę żyłam w stresie, zdana na łaskę i niełaskę mobbera. Moja prośba do Pracodawcy z lipca 2021 r., o polubowne załatwienie tej bolesnej sprawy, spotkała się z milczeniem i brakiem jakiejkolwiek reakcji. Podobnie, przedsądowe pismo, z 13 lutego.2022 r, dotyczące ugody, wysłane przez mojego prawnika do tej pory nie doczekało się odpowiedzi. Widzę brak dobrej woli na polubowne dogadanie się.

Poniosłam ewidentne straty zdrowotne, moralne i finansowe. Zadośćuczynienie, które mi się należy za poniesione krzywdy chcę, w jakiejś części przeznaczyć na pomoc Ukrainie. Zdecydowałam się opisać moją historię, ponieważ nie godzę się na bagatelizowanie i ignorowanie zła, które się wokół dzieje. Nie reagując na nie, dajemy ciche przyzwolenie na jego eskalację. Tylko odważne, wspólne działanie może coś zmienić.

Enni, 10.03.2022 r.

Dodaj komentarz

Komentarze   

+1 # Marek Wronski 2022-06-08 10:21
Współczuje Pani! Takich spraw jest mnóstwo i mobberzy pozostają bezkarni. Ale bez nazwy instytucji nic nie da się zrobić! Te sprawy są ukrywane w tłumach anonimowości!
Odpowiedz
+4 # Robert Bielecki 2022-04-13 19:34
Wróciłem na tę stronę po jakimś czasie, by zobaczyć, czy jest jakaś fala oburzenia pod tym artykułem, czy choćby słów pocieszenia. Nie ma absolutnie nic. Nie ma nic oprócz mojego komentarza... W "środowisku naukowym" tchórz cywilny i pięknoduch tchórzem cywilnym i pięknoduchem na tchórzu cywilnym i pięknoduchu pogania... I takie coś ma stanowić elitę Narodu Polskiego...
Odpowiedz
+3 # Krzysztof 2022-04-13 17:36
Ta "instytucja" słynie z zamiatania spraw pod dywan i wspierania mobberów!!! Opieszałość władz i nieprzestrzeganie jakichkolwiek norm są na porzadku dziennym. Brak wsparcia ze strony głównego pracodawcy, który nie zgłasza naruszenia prawa na własnej uczelni jest skandaliczne i zakrawa o absurd!
Odpowiedz
+7 # Robert Bielecki 2022-03-23 22:54
Niech Pani nie oczekuje współczucia lub choćby cienia zrozumienia wśród tych patentowanych tchórzy zwanych "środowiskiem naukowym". Ta tresura trwała u nich zbyt długo, by mogli się zdobyć na takie odruchy. Nie ma się co na nich oglądać. W sądzie musi Pani wywalczyć, co się Pani należy, ale do "środowiska naukowego" nie warto się zwracać. Oni zasługują tylko na jedno: by na nich plwać.
Odpowiedz
3.png6.png5.png8.png2.png1.png