Naruszanie zasad etyki w nauce i prawa ochrony własności intelektualnej we wnioskach awansowych. Część I. Studium przypadku pracy habilitacyjnej

Na łamy naszej strony wraca temat rektora jednej z Państwowych Wyższych Szkół Zawodowych. Sprawa była opisywana w lipcu 2020 r. ale ze względu na maila od radcy prawnego Grzegorza Dąbrowskiego, z żądaniem niezwłocznego usunięcia publikacji opisującej nieprawidłowości w uzyskaniu stopnia doktora habilitowanego rektora, artykuł został usunięty.

Obecnie na prośbę Fundacji ekspert dokładnie przeanalizował przebieg kariery awansowej rektora PWSZ, co daje nowe światło, na nieprawidłowości do jakich dopuścili profesorowie dwóch Politechnik, recenzenci oraz członkowie Centralnej Komisji do Spraw Stopni i Tytułów.

Wstęp

Obecnie można zaobserwować narastające, niebezpieczne i bardzo szkodliwe dla przejrzystości nauki zjawisko ignorowania zasad etyki i często związaną z nimi ochroną własności intelektualnej. Podstawowym powodem jest szkodliwy dla nauki system oceny publikacji według arbitralnie przyznanych punktów, a nie ich jakości. Ponadto nastąpiło rozmycie i złagodzenie wymagań ustawowych dotyczących kryteriów oceny wniosków awansowych. Ma to odzwierciedlenie w niskich kosztach publikacji ponieważ dominującym trendem jest ułatwione publikowanie w tanich, wyspecjalizowanych wydawnictwach chińskich, które sztucznie zwiększają wskaźnik IF (Impact Factor) i następnie koszt publikowania.

Na uczelniach znane są przypadki, że grupa redaktorów tematycznych prowadzi recenzje swoich publikacji i skraca cykl publikacji nawet do 2 tygodni (autentyczny przypadek). Czy faktycznie dużą część dotacji przeznaczonej z budżetu państwa na naukę należy marnować na tego typu publikacje?

Pogoń za punktami za publikacje spowodowała, że w kraju zaczęły funkcjonować liczne grupy specjalizujące się w przejmowaniu wyników badań naukowych i przypisywaniu sobie później całej puli punktów otrzymanych z tytułu wydania artykułu (optymalnie 200 pkt bez podziału na poszczególnych współautorów). Do artykułów dopisuje się często osoby zajmujące ważne stanowiska w zarządzaniu nauką i zyskuje się w ten sposób ich przychylność we wnioskach awansowych lub przyznawaniu grantów. W tym niechlubnym dla polskiej nauki działaniu uczestniczą nie tylko osoby starające się o stopnie naukowe i tytuł naukowy, ale i osoby zajmujące najwyższe stanowiska w hierarchii uczelni: dziekani, przewodniczący rad naukowych dyscyplin, rektorzy oraz członkowie licznie powoływanych komisji państwowych, których zadaniem statutowym jest niedopuszczanie do takich  nieetycznych działań. Praktyka wskazuje na bagatelizowanie tych zjawisk pomimo wielu wydanych dokumentów, np. Kodeksu Etyki w Nauce czy dokumentu Dobre praktyki w procedurach recenzyjnych w nauce i ich masowemu zatwierdzaniu przez senaty uczelni wyższych.

Dobrym wyznacznikiem tych praktyk są publikacje na stronie internetowej Fundacji Science Watch Polska, np. Dobre praktyki czy dobrzy koledzy? albo artykuł UAM: równi, równiejsi i... najrówniejsi. Osoby opisane w artykułach zamiast dążyć do naprawy istniejącego stanu rzeczy zwalniają z pracy sygnalistów lub występują z pozwami do sądów o naruszenie godności uniwersytetów. Procedery te są akceptowane przez większą część społeczności akademickiej, a procesy sądowe uczelni opłacane są za państwowe pieniądze!

Opisane studium dotyczy przypadku pracy habilitacyjnej, która była procedowana na dwóch wydziałach Politechnik w sąsiadujących miastach wojewódzkich  na południu Polski. Oba wydziały posiadały w tym czasie prawa do nadawania stopnia doktora habilitowanego i składania wniosków o nadanie tytułu naukowego. Osoba, której historia jest opisywana w artykule jest obecnie profesorem uczelni i pełni funkcję rektora jednej z Państwowych Wyższych Szkół Zawodowych.

Pierwsza Politechnika

Historia opisywanego naukowca zaczęła się w 2013 r. Do dziekana jednego z wydziałów Politechniki wpłynął wniosek o wszczęcie postępowania habilitacyjnego osoby niezatrudnionej na tej uczelni, ale biorącej udział (tak przynajmniej deklarował) w projekcie badawczym w jednym z instytutów tego wydziału. Wydawnictwo naukowe tej uczelni opublikowało w 2012 r. monografię, która była niezbędnym elementem do złożenia wniosku habilitacyjnego. Prawa autorskie przyznano zarówno wydawnictwu jak i autorowi. Ponieważ zaistniały wątpliwości co do rzeczywistego udziału habilitanta w projekcie badawczym a pracownicy instytutu wyrazili zaniepokojenie co do możliwości przywłaszczenia ich wyników badań, dziekan poprosił habilitanta o wyjaśnienia. Z „nieznanych” powodów wniosek wycofano, czyli sprawy do końca nie wyjaśniono. Dlaczego dziekan/dyrektor instytutu nie wnioskował, a rektor nie wszczął postępowania wyjaśniającego w tej sprawie też nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że postępowanie takie należało w przypadku tak ewidentnych okoliczności naruszających etykę i własność intelektualną wszcząć. Odsuwanie i niedostrzeganie problemu jest często postrzegane jako „w dobrze pojęty interes uczelni”.

Druga Politechnika

W 2014 r. wniosek habilitacyjny zostaje ponownie złożony na wydziale drugiej Politechniki, i co jest bardzo zaskakujące, zostaje wydana druga monografia pod zmienionym tytułem. Natomiast treść nowej monografii jest bardzo zbliżona do pierwszej. Przede wszystkim wykorzystano wyniki tych samych badań (nie było innych badań ponieważ projekt badawczy został wcześniej zakończony), ale zmieniono sposób ich prezentacji. Tak jak w pierwszym przypadku prawa autorskie przyznano zarówno wydawnictwu jak i autorowi. Na uwagę zasługuje fakt, że we wstępie autor odnosi się do tytułu grantu i opartego na nim patentu kierownika projektu, natomiast zupełnie nie podejmuje przedstawienia swojego udziału w przeprowadzonych badaniach. W ten sposób ignoruje wkład do wspólnego przedsięwzięcia naukowego współwykonawców projektu i współautorów opartych na tych badaniach publikacji. Co więcej nie podejmuje polemiki z wcześniejszymi pracami habilitacyjnymi przygotowanymi w tym instytucie. Obiekt badań i stosowaną aparaturę odnosi m.in. do instrukcji serwisowej samochodu marki Toyota Yaris i materiałów firmowych firmy Bosch. Natomiast zamieszczone w tekście cytowania świadczą, że musiał współpracować z doktorantem (czemu później zaprzecza w korespondencji z Redaktorem M. Wrońskim na łamach Forum Akademickiego?). Dlaczego zignorowano oświadczenie dyrektora instytutu pierwszej Politechniki, że habilitant nie prowadził bezpośrednio badań w laboratorium na hamowni ponieważ jako osoba z zewnątrz nie miał na to zgody? Dlaczego członkowie dwóch komisji habilitacyjnych i recenzenci tego faktu nie zauważyli? Jeśli podobne podejście do oceny dorobku naukowego prezentują profesorowie na dwóch Politechnikach to musi to budzić uzasadnione obawy.

Wiele lat temu, dobrą praktyką w postępowaniach awansowych było odniesienie się habilitanta do innych prac habilitacyjnych w kraju o podobnej tematyce, aby wyeliminować plagiaty i jak mawiał znany przedwojenny naukowiec i równocześnie Prezydent II PR- prof. Ignacy Mościcki - działań odtwórczych. Tak w przeszłości postępowała między innymi Politechnika Wrocławska. W opisywanym przypadku, jak nadmieniono wcześniej, sugeruje się „oryginalność” zadania badawczego i uzyskanych wyników. Wpisuje się to dobrze w dominujący obecnie regionalizm i zogniskowanie się na „swoich” osiągnięciach. Powtarzana jest bardzo zbliżona tematyka w różnych konfiguracjach, w wielu przypadkach o charakterze odtwórczym w stosunku do publikacji światowych. W tym aspekcie krajowa nauka zdecydowanie nie nadąża za trendami światowymi.

Anonimowe pozostaje również laboratorium, w którym habilitant miał przeprowadzać badania (w pierwszej monografii załączono 5 fotografii stanowiska badawczego, w drugiej je usunięto). Jaki problem miał habilitant z ich zamieszczeniem jeśli dysponował prawami autorskimi (na równi z wydawnictwami naukowymi Politechnik) do obydwóch monografii? Kolejną kontrowersją jest wyszczególnienie w spisie literatury pracy doktorskiej powstałej w oparciu o ten sam projekt badawczy, ale nie cytowanie jej w tekście. Jest o tyle niezrozumiałe, że podobieństwo pracy doktorskiej i drugiej monografii habilitacyjnej było badane przez wyznaczonego przez CK eksperta, ale wnioski końcowe są bardzo kontrowersyjne. W szczególności celem tego porównania było ustalenie „całkowitej” zgodności niektórych zamieszczonych rysunków, co przeczy przyjętym w świecie naukowym zasadom, że podobieństwo może dotyczyć nie tylko całości, ale i fragmentów materiału ilustracyjnego. Jakie znaczenie ma fakt, że na wykresie w jednej z publikacji jest o jeden punkt pomiarowy mniej (sic). W programie graficznym usunięcie jednego punktu nie stanowi to żadnego problemu. Kolejnym uchybieniem jest pominięcie w spisie literatury pierwszej monografii (kolejne sic). Zgodnie z zasadami ochrony własności intelektualnej kolejne wydawnictwo nie może przejąć w pełni praw autorskich, ale tylko wyrazić zgodę (permission) na zamieszczanie rysunków lub innych materiałów z odpowiednim komentarzem – opublikowano za zgodą…. To tak jakby opublikować „nowy” artykuł zatajając wcześniejszą publikację innego o podobnej treści. Obecnie publikacje takie nie są możliwe, ponieważ renomowane wydawnictwa stosują w tym celu systemy weryfikacji treści, materiał ilustracyjnego i wychwytywania plagiatów. W ogóle takie działanie jest w świecie naukowym napiętnowane, a autorzy którzy dopuszczają się takich praktyk są eliminowani z publikowania. W rozważanym przypadku, badanie mające na celu możliwość duplikowania osiągnięć zostało pominięte. Nasuwa się więc kolejne pytanie: czy poprzednie wydawnictwo wiedziało o złamaniu autorskich praw majątkowych/autorskich, a jeśli tak to dlaczego nie podjęło działań wyjaśniających?

Nie było możliwości zatajenia tej sprawy ponieważ ci sami recenzenci opiniowali obydwie monografie. Jednym z recenzentów powołanych przez CK był rektor drugiej Politechniki na której ostatecznie procedowano wniosek i nadano stopień doktora habilitowanego. Dlaczego nie zwrócili na to uwagi, podobnie jak redaktorzy naukowi. Sprawa jest skandaliczna. Jest to poważne naruszenie zasad ochrony praw autorskich i etyki naukowej.

Dwie monografie trzech recenzentów i brak refleksji...

W recenzji dorobku habilitacyjnego, którą przygotował opiniodawca dwóch wcześniej wydanych monografii (z 2012 i 2013 r.) można przeczytać, że habilitant wydał dwie monografie autorskie (doktorską i habilitacyjną) i albo błędnie (a może celowo?) zakwalifikował pierwszą monografię jako „doktorską” albo ukrył fakt wydania pierwszej  monografii, którą sam recenzował. Jeśli przyjąć pierwszą wersję to miała miejsce ewidentna manipulacja! Przecież ta monografia była złożona wraz z wnioskiem habilitacyjnym do dziekana pierwszej z Politechnik w 2013 r. Poza wątpliwością jest sam fakt dopuszczenia jednego recenzenta do trzykrotnego recenzowania właściwie tego samego dorobku naukowego! Recenzent ten pisze następnie, że „habilitant opracował i zbudował silnik eksperymentalny” a „badania są kompleksowe i nowatorskie”. Tymczasem habilitant korzystał z typowego stanowiska badawczo-diagnostycznego, które jest na wyposażeniu wielu Politechnik, mi.in Poznańskiej, Wrocławskiej i Opolskiej a obiektem badań był seryjny silnik samochodu Toyota Yaris. Nie ma natomiast żadnej wzmianki, a powinna być zamieszczona obligatoryjnie, gdzie realizowano badania, czyli ten fakt ukrył. Czy recenzenta z tytułem naukowym nie stać na refleksję, że do realizacji, jak to nazwał „kompleksowych i nowatorskich” badań potrzebne jest nowoczesne laboratorium ze specjalistycznym oprogramowaniem. Dodatkowym dowodem na to jest seria zdjęć w specjalnym załączniku dołączonym do pierwszej monografii z 2012 r.  Z drugiej strony sam habilitant oświadczył, że badania prowadził w laboratorium jednego z instytutów pierwszej z Politechnik. Czy habilitanta byłoby stać na zbudowanie prywatnie zaawansowanego technicznie i informatycznie stanowiska badawczego? Odpowiedzi na to pytanie dostarcza tylko jedyna recenzja osoby, która być może nie znała wcześniejszych działań na rzecz usunięcia nazwy Politechniki z publikacji habilitanta. Wymienia on udział habilitanta w projekcie badawczym o sygnaturze N N509 405036 pt. „Silnik spalinowy dwubiegowy o zmiennym zapłonie iskrowym i samoczynnym” finansowanym przez KBN w kwocie 300.000 zł. Prawdopodobnie z tego źródła sfinansowano też wydanie pierwszej, tak później niechcianej monografii. Czyli badania kosztowały fundusze społeczne na rzecz nauki niemałe pieniądze… Dodatkowo, w recenzji sporządzonej przez rektora drugiej Politechniki można dowiedzieć się wręcz o habilitancie jako „wykonawcy” w projekcie badawczym. Przecież w świetle przytoczonych informacji i analiz nie mogło być inaczej.

Zapanowała jednak zmowa na temat ukrycia miejsca realizacji badań i wydania pierwszej monografii (nie jest wiadome dla autora tego opracowania, czy została wymieniona w raporcie końcowym projektu - z pewnością tak jeśli z tego źródła ją sfinansowano). Czyli ktoś na szczeblu CK musiał to kontrolować. Osoby z autorytetem naukowym w konkretnym środowisku dobrze się znają i wiedzą co kto robi. Zwykle recenzują oni też projekty badawcze. Należy tu nadmienić, że we wszystkich recenzjach pojawiają się poważne zarzuty merytoryczne (m.in. teza pracy to właściwie informacje z przemysłu samochodowego, w jednej z nich wychwycono określenie „zimnej masy”, a program symulacyjny KIV 3V to narzędzie komercyjne wprowadzone na rynek w 1993 r. przez Los Alamos National Laboratory, czyli ok. 10 lat przed realizacją habilitacji i prawie 20 lat po jej obronie. Z tego programu korzystał wcześniej doktorant na pierwszej Politechnice i kilku pracowników na drugiej Politechnice. Z tego względu powstało wiele wspólnych publikacji przed obroną pracy habilitacyjnej w 2014 r.).Uznanie przez recenzentów wykorzystanie tego programu do symulacji zapłonu silnika na poziomie habilitacji jest bardzo wątpliwe.

Rys. 1. Widok stanowiska badawczego zamieszczonego w pierwszej monografii. Dla informacji zainteresowanych w temacie habilitacji jest to hamownia, która w innej politechnice kosztowała ok. 1 mln zł.

Zdaniem Fundacji jest to przypadek (można go określić jako „dualizm naukowy”, czyli wydaje się dwie monografie na ten sam temat, ale tylko jedna z nich podlega ocenie naukowej; dlaczego druga a nie pierwsza?), który nie jest znany w publikacjach krajowych i zagranicznych. Z tego względu takie postępowanie nie mogło być i nie może być dopuszczona w pracach habilitacyjnych. Nie ma tu znaczenia fakt, że recenzenci nie dostrzegli lub pominęli ważne fakty nie tylko o znaczeniu merytorycznym i etycznym, ale i prawnym.

W obowiązującej w trakcie procedowania opisywanego wniosku habilitacyjnego ustawie z dn. 14 marca 2003 r. o stopniach naukowych i tytule naukowym oraz stopniach i tytule w zakresie sztuki, w art. 17 podano warunki co do rozprawy habilitacyjnej.

Art. 17.

  1. Rozprawa habilitacyjna powinna stanowić znaczny wkład autora w rozwój określonej dyscypliny naukowej lub artystycznej.
  2. Rozprawę habilitacyjną może stanowić powstałe po uzyskaniu stopnia doktora dzieło, opublikowane w całości lub zasadniczej części, albo jednotematyczny cykl publikacji.
  3. Rozprawę habilitacyjną może stanowić  zrealizowane  oryginalne  osiągnięcie projektowe, konstrukcyjne, technologiczne lub artystyczne, jeżeli spełnia wymaganie określone w ust. 1.
  4. Rozprawę habilitacyjną może stanowić część pracy zbiorowej, jeżeli opracowanie wydzielonego zagadnienia jest indywidualnym wkładem osoby ubiegającej się o nadanie stopnia doktora habilitowanego, odpowiadającym  wymaganiu określonemu w ust. 1.
  5. Obowiązek publikacji nie dotyczy rozprawy habilitacyjnej, której przedmiot jest objęty tajemnicą państwową.

W analizowanym przypadku miarodajne są, poza oczywistym ust. 1, ust. 2 i 4 ponieważ monografia powstała na bazie projektu badawczego, który jest osiągnięciem zbiorowym. Ciążącego z tego tytułu na autorze monografii wykazania „indywidualnego wkładu” nie zamieszczono. Wręcz ukryto ten fakt , albo nim zręcznie manipulowano (niestety jest tu duży udział niektórych recenzentów, którzy o sprawie wiedzieli). Pomysł o materializacji patentu nie był pomysłem habilitanta, ale kierownika projektu. Czy aż tak trudno jest przyjąć do wiadomości poważnych gremiów naukowych, że z natury rzeczy badania naukowe przeprowadzone przez wielu współwykonawców są osiągnięciem zbiorowym? Potwierdzają to wykazane w spisie literatury publikacje współautorskie. Takie postępowanie mogło być rezultatem tylko tzw. grantu habilitacyjnego, który przyznawano w tym czasie indywidualnie z wyraźnie zaznaczonym celem końcowym, tj. wydanie monografii habilitacyjnej i następnie obrona habilitacji.

Stanowisko Centralnej Komisji

Odnosząc się do decyzji CK z dn. 26 listopada 2018 r. w sprawie odrzucenia sugerowanego podobieństwa pracy doktorskiej i habilitacyjnej można stwierdzić, że generalnie była ona słuszna ponieważ badania przeprowadzono na komercyjnym stanowisku/hamowni. Problemem jest wtedy zakres i metodyka badań oraz jego przystosowanie do innego zadania badawczego  i wyposażenie w konieczne, dodatkowe sensory i modyfikacja systemu DAQ. To w monografii jest widoczne i należy to podkreślić. Tym niemniej praca doktorska, jeśli jest ujęta w spisie literatury powinna być cytowana i krótko opisana w aspekcie metodycznym i poznawczym. A tego brak i może świadczyć o jakimś konflikcie wewnątrz zespołu badawczego. Wątpliwości budzi też wynik tajnego głosowania na posiedzeniu Sekcji Nauk Technicznych, tj. 24:9 (5 plus 4).

Sprawa ta powinna być wyjaśniona bez względu na czas, który upłynął od opublikowania tych monografii ponieważ zachęca do omijania prawa autorskiego i zasad etyki naukowej. W drugiej monografii, która była podstawą postępowania habilitacyjnego rzuca się wprost w oczy brak niezbędnych informacji o lokalizacji badań i jak wspomniano wcześniej, stanowisku badawczym i jego wyposażeniu Do symulacji numerycznych zastosowano program/pakiet na poziomie inżynierskim, a nie naukowym. Nie ma wzmianki o licencji na użytkowanie programu. Bez szczegółowego opisu programu i jego obsługi (w sensie przygotowania i wprowadzania danych) opublikowane informacje nie są wiarygodne i właściwie nieprzydatne do analiz naukowych. Weryfikacja eksperymentalna jest bardzo ograniczona. Pominięto charakterystyki metrologiczne czujników/sensorów  i urządzeń pomiarowych. To jest abecadło metrologii, która dominuje w badaniach eksperymentalnych. Można zadać prowokujące pytanie czy badania przeprowadzano w garażu, czy w przystosowanym do tego celu laboratorium w instytucie naukowym. W publikacjach tego rodzaju zamieszcza się zdjęcie stanowiska ze szczegółowym opisem (były w pierwszej jako załączniki). Dlaczego to pominięto, albo ukryto? Czy autor obawiał się konsekwencji prawnych podając nazwę i lokalizację laboratorium na jednej z politechnik wraz  ze zdjęciami stanowiska/hamowni? Czy można wydawać monografię bez konsekwencji naukowych i prawnych? Kto dopuścił do wydania i sfinansował wydanie bezużytecznej monografii? Przecież osoby które brały udział w tym procederze, albo przechodziły obojętnie, powinny zostać pozbawione prawa opiniowania wniosków awansowych. Jedną z osób był z pewnością, a na to wskazują okoliczności, członek CK. Na uwagę zasługuje też fakt, że jedna z pozycji  w spisie literatury w drugiej monografii nie dotyczy prac prof. P. Wolańskiego z PW, jak sugeruje autor, a firmy Toyota. W ogóle nie wiadomo z jakiego powodu autor omawia silniki odrzutowe, a nie samochodowe? Jaki jest stan zaawansowania tego typu rozwiązań w przemyśle samochodowym, głównie japońskim? W tym przypadku można przypuszczać, że świadomie pominięto inne osiągnięcia naukowe w temacie badań, również członków zespołu badawczego,  a sięgnięto po informacje z innego obszaru, może nawet w sensie fizycznym zbliżonego. Nie jest tajemnicą, że w skłóconych zespołach naukowych takie praktyki mają miejsce. Ale to nie jest merytoryczne i etyczne podejście! Zwraca na to uwagę Pan Redaktor dr hab. M. Wroński w oparciu o przeprowadzone dochodzenie dziennikarskie (Forum Akademickie, 3/2020).

Pytania eksperta

Zdaniem eksperta i Fundacji podstawą do ponownego rozpatrzenia wniosku powinny być przedstawione informacje na temat rzeczywistej roli habilitanta w projekcie badawczym o sygnaturze N N509 405036 pt. „Silnik spalinowy dwubiegowy o zmiennym zapłonie iskrowym i samoczynnym” finansowanym przez KBN, brak umiejscowienia badań co decyduje o ich wiarygodności, wykazane braki w recenzjach, fakt ukrywania pierwszej monografii i pominięcie jej w spisie literatury. Wydaje się oczywiste, że wnikliwi recenzenci łatwo by wychwycili ten fakt i zapytali o powód takiego postępowania. Ale nie mieli takiej szansy, albo to zignorowali. Sama zmiana miejsca i ponowienie zgłoszenia wniosku powinno być jest sygnałem ostrzegawczym dla drugiej Politechniki, a w szczególności dla dziekana. Nie jest rolą eksperta dociekanie, czy członkowie Sekcji Nauk Technicznych, a w szczególności przewodniczący komisji o tym wiedzieli. Apel Fundacji o ponowne rozpatrzenie wniosku habilitacyjnego ma mocne i merytoryczne oparcie w Kodeksie Etyki dla Nauki.

Zasadnicze pytanie, które zadaje sobie autor tego opracowania, członek wielu międzynarodowych towarzystw i komitetów naukowych, członek komitetów naukowych wielu czasopism o zasięgu światowym, to jak mogło dojść do takiej sytuacji w ogóle i czy w konsekwencji grupa osób która na to pozwoliła, łącznie z habilitantem, ma „moralne i etyczne prawo do opiniowania innych, pełnienia funkcji promotorów i wydawania poleceń służbowych?” Kiedy wreszcie w polskiej nauce będą z całą surowością egzekwowane zasady prawa i etyki i nie będzie możliwe dopuszczanie do zarządzania nauką osób nie  znających tych zasad lub świadomie je łamiących dla partykularnych interesów i przerostu ambicji. Można tu zacytować znane powiedzenie „pycha kroczy przed upadkiem”. Pozycje polskich uczelni w rankingach światowych systematycznie obniżają się i ten trend nie zostanie szybko zahamowany. Fundacja Science Watch Polska jest bardzo zainteresowana, czy Rada Doskonałości Naukowej monitoruje takie nieetyczne przypadki i jakie stosuje środki zaradcze. Chętnie, ale z pełną świadomością celu, włączy się w te niezbędne dla poprawy kondycji etycznej polskiej nauki działania.

 Artykuł nadesłany. Imię i nazwisko eksperta znane redakcji

 

Dodaj komentarz

Komentarze   

+6 # Robert Bielecki 2021-09-28 10:32
Osobą pozwaną o "naruszenie dóbr osobistych UAM" jestem ja. Pozwała mnie niejaka Bogumiła Kaniewska (obecna rektor UAM) wkrótce po tym, jak dotarło do niej zawiadomienie z Prokuratury o wszczęciu śledztwa, w którym ona jako rektor ma status poszkodowanego... a ja status zawiadamiającego. Wcześniej zostałem zwolniony z dnia na dzień z pracy. Zdecydowałem się na ten krok po tym, jak zobaczyłem, jak sprawę nieprawidłowości finansowych "procedował" jej poprzednik i mentor, niejaki Andrzej Lesicki, który o tych nieprawidłowościach publicznie mówił, że mają "naturę kryminalną". Otóż ten pan zrobił bardzo dużo, żeby gagatek, który się tych nieprawidłowości na UAM dopuszczał, nie został pociągnięty do odpowiedzialności NAWET dyscyplinarnej. Jak to zrobił? Po prostu do rzecznika dyscyplinarnego skierował tylko część zarzutów. Resztę zamknął na klucz w szufladzie... Ja pomieszałem im szyki i muszę ponieść karę. Także reszta musi widzieć, co się robi z niepokornymi...
Odpowiedz
2.png6.png6.png1.png1.png7.png